czwartek, 15 sierpnia 2013

Bar Vega



   Ostatnimi czasy w oko wpadł nam chyba najstarszy bar wegetariański we Wrocławiu. I podobno pierwszy w Polsce. „Hańba nam” jak powiadają ulubione pingwiny z kreskówek męża, nigdy tam jeszcze nie zawitaliśmy, a podobno warto. Nadrabiamy tę klęskę w łatwy sposób wybierając się wprost w osławione  miejsce. 


    Zaraz po wejściu rzuciła nam się w oczy kolejka dosyć sporych rozmiarów i mała ilość wolnych miejsc, zarówno w lokalu jak i przed ( super, że stoliki wystawione są na zewnątrz).  Nic to, dużo ludzi, więc zapewne jedzenie musi być dobre. Hołdujemy „zasadzie nie odwiedzać miejsc gdzie wionie pustka”, ponieważ zazwyczaj jest mało, smacznie i nieciekawie. Nie w Barze Vega:), tu jest kolorowo, gwarno i wesoło. A więc ustawiamy się w kolejce; jest spora, a więc i czasu sporo mamy na wybór potraw. 




   Powoli posuwając się do szczytu kolejki wpatrując się w ciasta mąż stwierdza, że nie wyjdzie jeśli nie dostanie sernika, a właściwie tofurnika. Wybór potraw jest spory, ale decydujemy się właściwie na klasykę, nie komponujemy, wybieramy gotowe zestawy, które wyglądają dla naszych głodnych, spragnionych oczu na najbardziej apetyczne. Mąż, który na co dzień nie jada ziemniaków, rzuca się na zestaw z ziemniakami, do tego zraz wegetariański oblany apetycznym sosem grzybowym i surówka z marchwi. Oczywiście nie odchodzi od kasy, do chwili kiedy w jego ręce nie wpadnie tofurnik. Ja wybieram rozsądniej: obserwuję potrawy i klientów, szukam typowej potrawy, która mogłaby określić sławę lokalu i wybieram również zestaw, ale oparty na kaszy gryczanej i wspaniale wyglądający kotlet z szpinakiem, do tego surówka z białej kapusty, która wygląda zachęcająco i eksperyment w postaci cola Ubuntu i Mate Cola. Nie piliśmy ich wcześniej, a ciekawość zwyciężyła nad naturalnymi sokami które mamy na co dzień w naszym menu.

   Dostajemy jedzenie, ceny są zachęcające: za całość zapłaciliśmy około czterdziestu kilku złotych (dania dla dwóch osób z napojami i deserem męża), jest nieźle, super wygląda i zachęcająco pachnie.
Dopadamy do wolnego stolika i rozpoczynamy degustację nie bardzo zwracając już uwagę na otoczenie. Jedzenie jest smaczne i w dużej ilości. Troszkę za mało przypraw, ale za to świeże i pachnące oszałamiająco. Porcja męża znika w błyskawicznym tempie; nie pozwolił mi nawet spróbować swojej potrawy, po jego rozmarzonych oczach wnioskuje że było niezłe. Dopadam ciasta zanim pochłonie w całości. Nie przepadam za sernikami, ale to ciasto ma przyjemną fakturę i naprawdę niezły smak. Uszczknęłam jedynie kawałeczek,  niestety muszę oddać, ponieważ mąż już zaczyna zdradzać objawy wściekłego wilka i za chwilę zacznie na mnie warczeć. Kasza gryczana jest ok ( dużo jej było i nie ogarnęłam całej porcji ), surówka z kapusty bardzo dobra, ale to kotlet szpinakowy rządzi:). Eksperymentalna cola w smaku bardzo sympatyczna, zdecydowanie mniej słodka niż oryginał, ale to efekt wyłącznie na plus. Wytaczamy się z baru zadowoleni i najedzeni, spokojnie będziemy się tam pojawiać, aby sprawdzić resztę smakołyków serwowanych w menu. Możemy polecić to miejsce i potwierdzić jego dobrą sławę:  jest pysznie i sympatycznie.



   Acha, pragnę szczerze nadmienić, że po posiłku jednak nieco się rozejrzałam. Moją uwagę przykuły: wyeksponowane cegły, boazeria ze starych mebli, świetliki, książki na półkach, stół społeczny z pięknymi lampami nad nim wiszącymi, kawałki balustrad zmienione w parawan, a przede wszystkim stare (wyglądające na przedwojenne) płytki tworzące przepiękną dekorację na ścianach tuż przy podłodze.




Bar Vega, ul. Sukiennice 1/2, wejście od Rynek 27a, Wrocław

Błyskawiczny kurczak z serem feta



     Wróciliśmy właśnie z małej przebieżki rowerowej wspartej kawą na mieście, nie chce się nic gotować… A już dłuższe siedzenie w kuchni przyprawia o dreszcze. Pada szybka decyzja: max 15 minut na przygotowanie posiłku, kombinacja: szybko smacznie i rozsądnie. Padło na kurczaka i oczywiście coś do tego. W lodówce znalazło się kilka sympatycznych warzyw i pierś z kurczaka, chwila konsternacji i widzę:  ser feta wdzięczy się koło musztardy, w kącie wypatruję ogórków i szczęście niepojęte objawia mi się w postaci słoika korniszonów. Do dzieła…


Najlepiej robić na 4 ręce: jedna osoba robi kurczaka, druga surówkę. Tak jest szybciej i zabawniej.



Surówka:

Pomidor, ogórek, papryka, bazylia, pieprz, odrobina sera feta ( aby nie solić ) i jogurt.

Kompozycja zależna od własnej kreatywności i tak będzie pyszne. Pewnie zwrócicie uwagę pomidor i ogórek – nie łączy się… Łączy, łączy, a nie łączenie jest mitem kulinarnym, który powtarzany do znudzenia urósł do prawdy objawionej, my łączymy i cieszymy się z tego połączenia, zarówno z kolorystyki jak i z smaku.





Kurczak:

Kawałki kurczaka rozbijam na cienkie paski, smaruję z jednej strony musztardą z gorczycą (najlepsza francuska, ale można użyć każdej), dokładam kawałeczek sera feta i kawałek korniszona. Całość zwijam z wielkim pietyzmem aby nam się owa kulka (lub roladka) nie rozpadła, na koniec rękami zwilżonymi w zimnej wodzie jeszcze kształtuję kulkę (lekko się sklei pod wpływem odrobiny wody), posypuję grubo zmielonym czarnym pieprzem i odstawiam na 5 minut czekając na rozgrzanie elektrycznego grilla. Można smażyć na patelni na odrobinie masła ale polecam smażenie beztłuszczowe. 


 Po około pięciu minutach sprawdzam temperaturę grilla i na mocno rozgrzaną powierzchnię układam kurczaka i piekę po około 5 minut z każdej strony. Dekoruję jeszcze czarnym sezamem dla estetyki i smaku. Podaję z odrobiną sosów chili ( uwielbiam szczególnie te słodkie), można kupić gotowy w sklepie lub zrobić samemu.


Całość jest prosta i bajecznie dobra i przede wszystkim nie zajmuje dużo czasu…

sobota, 27 lipca 2013

Dworzec Główny we Wrocławiu

W latach 2002-2004 korzystałam z niego często, wsiadałam i wysiadałam. Widząc go płakałam z radości i ze smutku. Witałam się i żegnałam. Wówczas był brzydki, śmierdzący i trudno było odkryć chociaż malutki element jego uroku.
Moja pierwsza wizyta we Wrocławiu: styczeń 2002, wyszłam na hali dworca i na przystanku czekałam na tramwaj linii 17, zimno, szaro, ciemno, ale wtedy pomyślałam, że jak mam mieszkać w innym mieście niż moje miasto rodzinne - to musi być Wrocław. Taaaak: słowo "musi" w moim słowniku występuje!
A dworzec musiał być wyremontowany! I został wyremontowany:)

Dworzec Główny, zaprojektowany przez niemieckiego architekta Wilhelma Grapowa, urodził się w 1857 roku. W latach 2010-2012 przeszedł odmłodzenie, które śledziłam na blogu Andrzeja Ziemiańskiego http://www.wroclawnowyglowny.pl/blog

Różni się od tego, co zapamiętałam, dopiero dzisiaj kupując bilet na poniedziałek trafiłam na dworzec ponownie. I wcale nie płakałam z rozpaczy:)





Po wyjściu z dworca:


Dobry wieczór we Wrocławiu!


sobota, 20 lipca 2013

Tralalala … :)



Lato w mieście, upalny weekend i zasłużony spacer po tygodniu biurowego pełnego zgiełku życia. Wrocław wita nas kolorami i gwarem, ulice przepojone są setkami radośnie pędzących ludzi, zagonionych za atrakcjami lub wręcz przeciwnie - nieśpiesznie przechadzającymi się uliczkami. Na spragnionego wędrowca czeka mnóstwo atrakcji i pokus, niemal zza każdego rogu wystają stoliki kawiarni i restauracji. Mnóstwo miejsc oferujących zimne napoje i lody, „standard” powiecie i niby racja ale, ale właśnie „ALE” jeśli macie ochotę na coś delikatnie innego niż wyskakujące za każdej witryny lody włoskie, kręcone amerykańskie i gałkowate wszystkich smaków - zapraszamy na ulicę Więzienną 21. Tu przykucnęła w skupisku restauracji cukiernia „Tralalala café” – prawdziwie sycylijskie specjały. Pierwsze wrażenie kolorowo, barwno i tłoczno, pachnie wszystkimi słodkimi lodowymi atrakcjami, w zasobnikach kręcą się świeże soki, oczy przyciągają dumnie prężące się w witrynach ciasta i desery, no i lody. Cała wielka lada smaków klasycznych i naszych wymarzonych na dzisiejszym spacerze - jogurtowych. Najczęściej kojarzących się z zmrożonym jogurtem i dodatkiem proszków z tablicą konserwantów- ale nie tutaj! Tutaj zamawiając jogurtowo bananowe odnajdujesz kawałki banana we wspaniałej kremowej konsystencji , w mieszance jogurtowo czekoladowej znajdujesz co chwilę kawałki wspaniałej czekolady… powiadam marzenie; do tej pory odnajdywanej głównie na wyprawach po włoskich i sycylijskich terytoriach. Wiem, Sycylijczycy by się oburzyli, bo co sycylijskie to Sycylijskie być musi i Sycylia  jest tylko na Sycylii.  Fakt.. ale i to przez wielki ALE dzisiaj znaleźliśmy ślad tego klimatu we Wrocławiu. Jeśli tylko będziecie mieć chwilkę i zabłądzicie lub celowo udacie się na ul. Więzienną to zawitajcie do tego magicznego miejsca na lody, wspaniałe espresso i chwilkę kolorowej radości. Kochamy takie miejsca, które we Wrocławiu zaskakują magicznie wielką radością i przypominają, że owe miasto jest przystanią do której wraca się i tęskni nawet w najpiękniejszych miastach naszego wspaniałego świata!

yea cho Wrocław:)


 Spacerując...
 

czwartek, 11 lipca 2013

Alternatywa shake’a



Czy miewacie czasami ochotę na coś słodkiego ale postanowienie aby skończyć ze słodyczami jest dla was wyrzutem sumienia? Ja tak mam. Postanowienie aby zmienić coś w swoim jadłospisie bywa zabójcze, ale od czego jest fantazja. Warzywa są wspaniałe nawet w takich chwilach. Na pomoc silnemu postanowieniu przychodzi nasz sprawdzony przyjaciel: dynia. Kocham shake’i;  cudowny kremowy napój na bazie mleka, wanilii, lodów i bananów, niestety strasznie kaloryczny i powodujący rozbicie każdej diety, wróg i przyjaciel – tłusty, słodki i pełny kalorii.
No właśnie, ale zawsze jest alternatywa; pewien zamiennik, który może jednak dać nam smakowy odjazd  i na dodatek nie bijący tłuszczem po „oponkach”. Coś smacznego i zarazem zdrowego, cudownie warzywnego, schłodzonego i boskiego. Przepis jest bajecznie prosty i łatwy. Polecam spróbować.


Składniki:

- około pół kilo dyni,
- litr mleka,
- laska wanilii,
- duża łyżka miodu (może być zamiennik słodzik – choćby ze stewii),
- trzy łyżki kaszy manny do zagęszczenia,
- odrobina soli morskiej do smaku.

Dynię kroimy w małą kostkę i gotujemy w mleku do miękkości, podczas gotowania dorzucamy ziarenka z laski wanilii i samą laskę - odda nam cenny smak (po gotowaniu akurat jej się pozbędziemy). Dorzucamy kaszę mannę,  łyżkę miodu (doda słodyczy) i dla kontrastu szczyptę soli - wydobędzie smaki.
Po ugotowaniu dyni w mleku z  dodatkiem kaszy manny i wanilii miksujemy całość blenderem na miękką puszystość, chłodzimy całość i podajemy w szklankach ze słomkami.
Proste, pyszne i warzywne. Kto się odważy ten już zawsze będzie w chwilach słabości pamiętał alternatywę.

Polecam ze szklanką w dłoni :)