Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
sobota, 31 grudnia 2016
sobota, 17 grudnia 2016
sobota, 1 sierpnia 2015
49 piętro
Dzięki naszej przyjaciółce Kamili w piątkowy wieczór trafiliśmy na 49 piętro Sky Tower, najwyższego budynku we Wrocławiu. Zachodzące słońce świeciło nam w oczy, ale parę fotek udało się pyknąć :)
Wjazd windą trwa 51 sekund.
A potem widzimy Wrocław, Ślężę...
Most Rędziński...
Śnieżkę...
Rynek i okolice...
Stadion Miejski, Gądów i Kozanów...
Ostrów Tumski...
Wrocław Główny - dworzec PKP...
Kawałek Krzyków...
Gdzieś tam się czai Mieczysława...
Urząd Wojewódzki...
... Most Grunwaldzki...
Wrocławski Manhattan ( inaczej "sedesowce" ), po prawej Kredkę i Ołówka...
Renomę...
Halę Stulecia z Iglicą, wytwórnią filmową i Parkiem Szczytnickim...
Never say no to panda...
wtorek, 15 kwietnia 2014
Greco
Pewien piątek. Wieczór marcowy.
Po załatwieniu spraw w banku, zgłodnieliśmy. Zrobiliśmy więc najazd na "Greco". Drugie podejście, ponieważ pierwsze było nieudane: brak miejsc. Jak to?
Miałam ochotę na tzatziki i pitę. Mój mąż zapałał chęcią na owoce morza. Musiałam polec:).
Po kilkuminutowej dyskusji wybraliśmy praktycznie same przystawki, ale pan kelner zachęcił nas do wybrania "uczty dla dwojga". O dziwo wygląda na to, że ogarnął nasze chaotyczne zamówienie:)
Meg
Po załatwieniu spraw w banku, zgłodnieliśmy. Zrobiliśmy więc najazd na "Greco". Drugie podejście, ponieważ pierwsze było nieudane: brak miejsc. Jak to?
Miałam ochotę na tzatziki i pitę. Mój mąż zapałał chęcią na owoce morza. Musiałam polec:).
Po kilkuminutowej dyskusji wybraliśmy praktycznie same przystawki, ale pan kelner zachęcił nas do wybrania "uczty dla dwojga". O dziwo wygląda na to, że ogarnął nasze chaotyczne zamówienie:)
Osobiście nie jestem wielbicielem owoców morza, ale gumowate kalmary smakowały mi jak nad Morzem Śródziemnym:). Potrawy miały smak. No pomarudzę: sos do krabów był z butelki, ale cóż.... Wrocław to nie Grecja.
"Uczta dla dwojga" była obfita. Nie jest to kuchnia jaką pamiętamy z Rodos, ale jest smacznie, obsługa miła, ceny przystępne.
czwartek, 15 sierpnia 2013
Bar Vega
Ostatnimi czasy w oko wpadł nam
chyba najstarszy bar wegetariański we Wrocławiu. I podobno pierwszy w Polsce. „Hańba nam” jak powiadają
ulubione pingwiny z kreskówek męża, nigdy tam jeszcze nie zawitaliśmy, a
podobno warto. Nadrabiamy tę klęskę w łatwy sposób wybierając się wprost w osławione miejsce.
Zaraz po
wejściu rzuciła nam się w oczy kolejka dosyć sporych rozmiarów i mała ilość wolnych
miejsc, zarówno w lokalu jak i przed ( super, że stoliki wystawione są na
zewnątrz). Nic to, dużo ludzi, więc
zapewne jedzenie musi być dobre. Hołdujemy „zasadzie nie odwiedzać miejsc gdzie
wionie pustka”, ponieważ zazwyczaj jest mało, smacznie i nieciekawie. Nie w
Barze Vega:),
tu jest kolorowo, gwarno i wesoło. A więc ustawiamy się w kolejce; jest spora, a więc i
czasu sporo mamy na wybór potraw.
Powoli posuwając się do szczytu kolejki
wpatrując się w ciasta mąż stwierdza, że nie wyjdzie jeśli nie dostanie
sernika, a właściwie tofurnika. Wybór potraw jest spory, ale decydujemy się
właściwie na klasykę, nie komponujemy, wybieramy gotowe zestawy, które
wyglądają dla naszych głodnych, spragnionych oczu na najbardziej apetyczne. Mąż,
który na co dzień nie jada ziemniaków, rzuca się na zestaw z ziemniakami, do
tego zraz wegetariański oblany apetycznym sosem grzybowym i surówka z marchwi.
Oczywiście nie odchodzi od kasy, do chwili kiedy w jego ręce nie wpadnie
tofurnik. Ja wybieram rozsądniej: obserwuję potrawy i klientów, szukam typowej
potrawy, która mogłaby określić sławę lokalu i wybieram również zestaw, ale
oparty na kaszy gryczanej i wspaniale wyglądający kotlet z szpinakiem, do tego
surówka z białej kapusty, która wygląda zachęcająco i eksperyment w postaci
cola Ubuntu i Mate Cola. Nie piliśmy ich wcześniej, a ciekawość zwyciężyła nad
naturalnymi sokami które mamy na co dzień w naszym menu.
Dostajemy jedzenie, ceny są zachęcające: za całość
zapłaciliśmy około czterdziestu kilku złotych (dania dla dwóch osób z napojami
i deserem męża), jest nieźle, super wygląda i zachęcająco pachnie.
Dopadamy do wolnego stolika i rozpoczynamy degustację nie
bardzo zwracając już uwagę na otoczenie. Jedzenie jest smaczne i w dużej
ilości. Troszkę za mało przypraw, ale za to świeże i pachnące
oszałamiająco. Porcja męża znika w
błyskawicznym tempie; nie pozwolił mi
nawet spróbować swojej potrawy, po jego rozmarzonych oczach wnioskuje że było
niezłe. Dopadam ciasta zanim pochłonie w całości. Nie
przepadam za sernikami, ale to ciasto ma przyjemną fakturę i naprawdę niezły
smak. Uszczknęłam jedynie kawałeczek, niestety
muszę oddać, ponieważ mąż już zaczyna zdradzać objawy wściekłego wilka i za
chwilę zacznie na mnie warczeć. Kasza gryczana jest ok ( dużo jej było i nie
ogarnęłam całej porcji ), surówka z
kapusty bardzo dobra, ale to kotlet szpinakowy rządzi:).
Eksperymentalna cola w smaku bardzo sympatyczna, zdecydowanie mniej słodka niż
oryginał, ale to efekt wyłącznie na plus. Wytaczamy się z baru zadowoleni i
najedzeni, spokojnie będziemy się tam pojawiać, aby sprawdzić resztę smakołyków
serwowanych w menu. Możemy polecić to miejsce i potwierdzić jego dobrą sławę: jest pysznie i sympatycznie.
Acha, pragnę szczerze nadmienić, że po posiłku jednak nieco
się rozejrzałam. Moją uwagę przykuły: wyeksponowane cegły, boazeria ze starych
mebli, świetliki, książki na półkach, stół społeczny z pięknymi lampami nad nim
wiszącymi, kawałki balustrad zmienione w parawan, a przede wszystkim stare (wyglądające
na przedwojenne) płytki tworzące przepiękną dekorację na ścianach tuż przy
podłodze.
Bar Vega, ul. Sukiennice 1/2, wejście od Rynek 27a, Wrocław
sobota, 27 lipca 2013
Dworzec Główny we Wrocławiu
W latach 2002-2004 korzystałam z niego często, wsiadałam i wysiadałam. Widząc go płakałam z radości i ze smutku. Witałam się i żegnałam. Wówczas był brzydki, śmierdzący i trudno było odkryć chociaż malutki element jego uroku.
Moja pierwsza wizyta we Wrocławiu: styczeń 2002, wyszłam na hali dworca i na przystanku czekałam na tramwaj linii 17, zimno, szaro, ciemno, ale wtedy pomyślałam, że jak mam mieszkać w innym mieście niż moje miasto rodzinne - to musi być Wrocław. Taaaak: słowo "musi" w moim słowniku występuje!
A dworzec musiał być wyremontowany! I został wyremontowany:)
Dworzec Główny, zaprojektowany przez niemieckiego architekta Wilhelma Grapowa, urodził się w 1857 roku. W latach 2010-2012 przeszedł odmłodzenie, które śledziłam na blogu Andrzeja Ziemiańskiego http://www.wroclawnowyglowny.pl/blog
Różni się od tego, co zapamiętałam, dopiero dzisiaj kupując bilet na poniedziałek trafiłam na dworzec ponownie. I wcale nie płakałam z rozpaczy:)
Po wyjściu z dworca:
Dobry wieczór we Wrocławiu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)













