I w związku z tym wstyd nie napisać o kociołku tworzonym
przez mojego brata i bratową. Nazwa pochodzi od nazwy ulicy na której on się
pyrkocze, czyli w spokoju gotuje. Generalnie przyrządzany jest w stylu aga aga,
czyli składniki na oko i tyle ile potrzeba.
Nie mam talentu do opisywania, a mój mąż się ostatnio pod
tym względem opierdziela, ale spróbuję.
No dobra, nie opierdziela się tylko nie ma czasu: praca,
studia, spełnianie zachcianek żony (czyli moich)…
Bratowo moja, Aniu, popraw mnie jak coś źle opisałam J
Na początek w kociołku topimy smalec (można użyć oleju) i wrzucamy mięso a
następnie cebulę. Gdy cebula się zeszkli dodajemy czosnek. Dolewany czerwone
wino. Mieszany, bo całość się musi popyrkotać żeby alkohol odparował. Następnie
dodajemy paprykę ( my dodajemy zazwyczaj ostrą z ogródka, ale można zwykłą), cukinię pokrojoną w kawałeczki
i pomidory. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Można dodać też inne
przyprawy, wedle swojego smaku.
Tak, szparagi już w sklepach się pojawiają. Trzeba je wykorzystać, bo szkoda żeby tak smętnie w warzywniaku leżały :).
Uwielbiam te chwile, gdy wracam z pracy a Mąż szaleje w kuchni! :)
Składniki do kupienia:
- szparagi (najlepiej zielone, najbardziej przez nas lubiane bo są delikatniejsze i nie trzeba ich obierać),
- szynka dojrzewająca, najlepiej parmeńska lub prosciutto
crudo,
- sól i pieprz,
- łyżka masła,
- ser pleśniowy (używamy z Lidla gorgonzola DOP dolce lub
piccante, 1/2 opakowania, ale oczywiście można dodać więcej - w zależności od preferencji),
- 1/2 kubeczka śmietany 30 % (w przypadku dania dla 2 osób).
Wykonanie: od 3 do 6 szparagów zawinąć w pęczek (odciąć zdrewniałe
końcówki), obwiązać dookoła szynką, całość ułożyć w filii, posolić, popieprzyć,
dodać masło, zawinąć folię w kształt kieszonki.
Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez 30 minut. W sezonie grillowym można piec na grillu :).
Sos: do gornonzoli dodać łyżkę masła (albo dodać masło z
pieczenia szparagów). Mieszać na patelni do rozpuszczenia się sera.
Do sosu
można dodać trochę cebulki prażonej (np. z Lidla, opcjonalnie oczywiście, mój
mąż uwielbia tę cebulkę i może ją dodawać prawie do wszystkiego).
Upieczone szparagi delikatnie - aby się nie poparzyć - wyjąć
z folii na talerz i polać sosem serowym.
Właściwie o Grecji mógłbym mówić
tylko w samych superlatywach, właściwie ale zawsze znajdzie się coś co może
wpłynąć na „owo” właściwie. Tym razem wyprawiliśmy się na półwysep
Chalcydycki lub popularnie Chalkidiki –
półwysep w Grecji, u północnych wybrzeży Morza Egejskiego, na południowy wschód
od miasta Saloniki a raczej Thessaloniki jak brzmi prawidłowa nazwa miasta po
grecku, ale nie o tym. Wylądowaliśmy w finalnie w Possidi w Hotelu Thea, małym,
klimatycznym z rewelacyjną obsługą i umiejscowionym na wzgórzu w odległości 400
metrów od miasteczka i jakieś 150 m do plaży - głównie w dół, co oznacza powroty
pod górkę, ale mówię wam warto! Małe wyrzeczenie a przyjemności kupa no i jak
by nie była atrakcja, bo zejście na plażę jest co najmniej ciekawe :).
Ale nie o tym miało być, miałem
pisać o knajpach w Possidi w których jadaliśmy i które wywarły na nas wcale
ciekawe wrażenie.
Lakonicznie napisałbym: świetne jedzenie w tawernach, jakich
dokładnie spodziewaliśmy się w Grecji i było by to zapewne prawdą. Nie napiszę
tak. Jedzenie było rewelacyjne: proste i smaczne, cieszące oko i zmysły.
Obiecaliśmy sobie dokumentować owe cuda, ale nie wszystko to się udało, część
znikała jeszcze przed fotką, bo było zbyt dobre. Świeże ryby, sałatki greckie,
sery w przeróżnych konstelacjach i kalmary zarówno te grillowane jak i smażone
w głębokim tłuszczu. Nie wspominając o wspaniałych daniach mięsnych od
szaszłyków po duszone mięso i wreszcie o wspaniałym gyrosie który podbił nasze
podniebienia zarówno smakiem jak i kopiastymi porcjami. Do tego dodajcie
retsinę, frape i zimne piwo, które komponowało się w wszystkich możliwych wariantach.
Było pysznie, niepowtarzalnie i
wręcz rozkosznie, zapewne wrócimy do tego miejsca z największa przyjemnością,
szukając nowych atrakcji zarówno kulinarnych jak i tych przyziemnych związanych
z samym odpoczynkiem.
Soczewicę porządnie wypłukać,
zalać ją dwoma szklankami bulionu co to chomikujemy w zamrażarce, jeśli się
okaże, że ktoś przez przypadek zużył lub jakieś licho wyniosło to zawsze możemy
się posiłkować kostkami rosołowymi, może i kwas ale i z nas kucharze co się
zowie. Gotujemy do momentu aż woda się wchłonie i powstanie papka. Następnie obrać cebulę i czosnek: drobno
siekane zeszklić na patelni na oleju (sezamowy jest idealny) w kolejności obrać
warzywa a marchewkę i
seler cierpliwie zetrzeć na tarce (największe oczka),
dokładać do cebuli i smażyć aż całość zmięknie.
Na koniec pamiętaj o przyprawach: sól, pieprz,
kmin rzymski (kmin można przyprażyć jest wtedy smaczniejszy). Całość z radością
niemal dziecięcą wymieszaj z soczewicą, dodaj masła orzechowego i prażonych
orzechów ( siekam je na mniejsze części, w pasztecie po upieczeniu smakują
wybornie). Uzupełnij przyprawami i dodaj jajka, następnie wymieszaj dokładnie.
Foremkę wysmaruj masłem i wysyp
tartą bułką; konsystencja pasztetu winna być pół płynna tzn. jak na placki
ziemniaczane. Wlej masę i obstukaj dokładnie aby się ułożyła i powietrze
uciekło J.
Piekarnik nagrzej do 180` C i piecz około 45 minut. Wyciągaj z foremek po
wystygnięciu.
Korfu, a właściwie
Kerkira, wyspa która będę bardzo dobrze wspominał ze względu na niezwykły urok
i ciszę która nas tam powitała. Urok i ciszę, no i komary, bo o nich muszę
koniecznie wspomnieć. Te małe „gady”, które w uroczy sposób rozwalały nam
prawie każdy wieczór, ale od początku.
Wioska St.Spyridon, położona przy samym północnym brzegu z
niesamowitym widokiem na góry Albanii, której niewątpliwą atrakcją jest ujście
słodkiego jeziora do morza, to bardzo urokliwe miejsce,
no właśnie tylko z jednym minusem: komary. Wieczorami po zachodzie słońca czuliśmy się jak karmniki dla tych
wspaniałych owadów. Grecy nic z nimi nie robią, bo wiadomo: atrakcja turystyczna
park Natura 2000, sympatyczne miejsce usytuowane w odległości w sam raz
wystarczającej do dokarmiania owych sympatycznych „gadzin”. Ale od czego są
świeczki zapachowe? Dostępne w każdym sklepiku w okolicy. Można też spróbować
patentu z olejkami zapachowymi. My zastosowaliśmy wanilię, zresztą mało
skutecznie. Dopiero po powrocie dowiedzieliśmy się że działa olejek, tyle że
eukaliptusowy. Taki mały szczegół. Nie żałuję żadnego ukłucia, bo każde było
warte tego miejsca.
Dobra, dosyć o komarach, powspominajmy jedzenie. I tu było
też zaskoczenie dużą ilością makaronów; spodziewaliśmy się troszkę innej
kuchni. Śpiesząc z wyjaśnieniami : namieszała tu historia wyspy i jej różne
fale kolonizacyjne. Tu należy nadmienić, że pierwsze fale to VIII w p.n.e,
rywalizacja i liczne utarczki pomiędzy wyspą a Koryntem stały się przyczyną
wojny peloponeskiej (na wyspie popierano w konflikcie Ateny). Kolejne lata były
równie burzliwe, wyspa znajdowała się pod panowaniem Rzymian, Bizancjum,
Wenecjan i w końcu Turcji Osmańskiej w IX w.
była częścią republiki Siedmiu Wysp by po Kongresie Wiedeńskim znaleźć
się pod panowaniem Anglii a w XX w.
wrócić znowu do Grecji.
Ponad 50% wyspy to oliwki, pozostałe tereny porastają gaje
cytrusowe, kumkwat i winorośle oraz pastwiska. Małe wioski ze ściśniętą zabudową lub z rozrzuconymi po
stokach domami wyglądają cudownie. Co chwila widać gdzieś tawerny i małe
lokaliki z cudownym jedzeniem które w wyniku różnych wpływów kulturowych jest
niesamowicie urozmaicone, jak na Greków. Jednym słowem mały raj.
Mogę się rozpływać nad lokalnymi przysmakami w stylu sera
feta czy saganaki (smażony ser) aromatycznych sosów tzatziki, oliwek w milionie
smaków, sałatek greckich i nie tylko, czy potraw które trzeba spróbować
koniecznie, najlepiej w barze gdzie przesiadują tubylcy i mam tu na myśli
pastisadę, czyli kawałki
duszonej cielęciny pływające w sosie pomidorowym razem z małymi
cebulkami dodającymi słodkości i cudownej lekkości potrawie,
tradycyjnie podawanymi z makaronem i wszechobecnym parmezanem. Moje ulubione soulvaki
czyli mięsne szaszłyczki bez warzyw lub zapiekanka makaronowo-bakłażanowo-ziemniaczana szczodrze udekorowana sosem pomidorowym w dwóch wariantach wegetariańskim i mięsnym czyli moussaka. Coś wspaniałego.
I na koniec muszę wspomnieć o sortifo,
które również przypadło nam do gustu. Są to kawałki wołowiny gotowane powoli w
occie z czosnkiem i pietruszką, podawane z ryżem lub nowomodnie z frytkami i do
tego oczywiście miejscowy przysmak - białe wino retsina z głębokim żywicznym
smakiem o cierpkim cytrusowym aromacie, jednym słowem pycha. Na deserek
fundowaliśmy sobie baklavę i szklaneczkę kumkwatu - lokalnego słodkiego napoju z owoców,
które zawędrowały tu aż z Chin i do dzisiaj przetwarza się je na wyspie w
dziesiątki różnych produktów, zarówno z procentami jak i spożywczych. Do tego frape i świeży sok pomarańczowy.
Na koniec powiem tak: byliśmy tam pierwszy raz, lecz nie
ostatni. Tak dużo jeszcze przed nami miejsc na wyspie i tak dużo jeszcze
knajpek. Nie mogę się już doczekać, wspominam z sentymentem i błogim
smakiem.